Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki. Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce prywatności » Ok, zamykam

Spowolnienie i rozwolnienie

06.04.2010, 15:39
Gazeta "Puls Biznesu" przedstawiła ubiegłoroczne dochody polskich bankierów. Wysokość zarobków szefów banków, w dobie panującego kryzysu szokuje opinię społeczną, ale nie dziennikarzy. Tych szokują podwyżki, jakich domagają się związkowcy (w elektrowniach) z PGE.
Apanaże szefów banków, bo trudno zarobkami nazwać kilkumilionowe dochody w kraju, w którym przeciętne wynagrodzenie za pracę wysokowykwalifikowanego pracownika oscyluje wokół 3 tysięcy złotych netto, wzbudzają zrozumiałe emocje z racji ich wysokości. Mówiąc kolokwialnie: największą "kasę przytulił" w 2009 były już prezes banku Pekao SA Jan Krzysztof Bielecki - 8,7 mln zł. (ogółem w czasie kilkuletniego funkcjonowania w banku prezes Bielecki otrzymał ponad 20 mln zł). Oczywiście dziennikarze usprawiedliwiają byłego premiera, dodając usłużnie, iż na tę sumę, (która nawet w lotto pada rzadko), złożyły się cyt. "stosowne odprawy należne odchodzącemu szefowi banku".
 
Pamiętam, jaki raban podnosili dziennikarze tych samych mainstreamowych mediów, gdy pisano o odprawach dla stoczniowców, które nie przekraczały kilkudziesięciu tysięcy złotych, i to w przypadku najdłużej pracujących. No, ale żeby być stoczniowcem, to trzeba coś umieć...  
Na drugim miejscu pod względem wysokości poborów uplasował się w ubiegłym roku szef Noble Banku Jarosław Augustyniak - 4 mln zł, zaś na trzecim miejscu znalazł się szef holdingu Getin Krzysztof Rosiński - 3,9 mln zł.W czołówce najlepiej wynagradzanych polskich bankierów znaleźli się także m.in. prezes zarządu banku Millenium Bogusław Kott - 3,8 mln zł oraz prezes zarządu Banku Handlowego Sławomir Sikora - 3,6 mln zł.

O poborach prezesów banków w okresie kryzysu finansowego sprowokowanego w dużej mierze ich pazerną polityką, pisze się w kategoriach ciekawostki, zaś sam kryzys, który stał się przyczyną zwolnienia z pracy, bądź obcięcia płac rzeszy zatrudnionych Polaków, dziennikarze nazywają już niemal pieszczotliwie: "okresem spowolnienia gospodarczego".

Dziwi pewna niekonsekwencja mediów, gdyż jednocześnie na łamach tych samych gazet miotane są gromy na związkowców z prywatyzowanych przedsiębiorstw energetycznych i górniczych, którzy ośmielają się cyt. "...domagać rekordowych podwyżek pensji oraz długoletnich gwarancji zatrudnienia, w okresie gnębiącego nasz kraj kryzysu"!

Więc jak to jest? Jednych kryzys dotyka, innych omija?

Media ze zgrozą donoszą, że związkowcy największego producenta prądu w naszym kraju - Polskiej Grupy Energetycznej - żądają m.in. corocznego wzrostu funduszu płac o 7 %. ponad inflację, gwarancji zatrudnienia do 2017 roku, dodatkowych dni wolnych od pracy, ekstra premii i bonusów. O podwyżkach zarobków mówi się również w Katowickim Holdingu Węglowym, Kompanii Węglowej i Jastrzębskiej Spółce Węglowej.

Prawdziwą perełką, jaką wyłowiłem w doniesieniach prasowych kwestionujących prawo pracowników do żądania podwyżek, jest cytowana wypowiedź prezesów jednej z firm górniczych. Wynika z niej mianowicie, że pracownicy nie mają prawa domagać się udziału w zyskach osiągniętych przez firmę dzięki korzystnej koniunkturze na rynkach zbytu (sic!). Co innego, gdyby chodziło o zysk wypracowany przez załogę...
Abstrahując już od bezsensowności ekonomiczno-prawnej, tej szeroko cytowanej przez prasę wypowiedzi, wróćmy do początku artykułu i zadajmy sobie pytanie, jakimi kryteriami w takim razie kierowano się wynagradzając czołówkę bankierów polskich? Przecież wszystkie te banki poinformowały o stratach...  
Skoro kryzys na użytek mediów nazwany został spowolnieniem, to reakcję tych samych mediów na żądania godziwych płac i gwarancji zatrudnienia związkowców, należałoby nazwać ekwiwalentnie... rozwolnieniem. Przykro mi, ale nie nasunęła mi się inna pointa na zakończenie tego artykułu.
Jerzy Przybyszewski